deszczem przyjdź
liści dotknij mokrym szelestem
cierń niewiary mej starej
nawilż światłem brzóz majowych
znajdź mnie w bezcieniu
jesienne wody osusz miłośnie
wyjmij kamień bezsłowia z ust
wcałuj rzekę sytego powietrza
uśmiechem serca drzwi mi umaj
wzrokiem rozwiąż szal niewiary
buty zzuj mi wypastowane
do rzeki wrzuć dnia wczorajszego
przez kraty palców niemrawych
wsuń dłoń głodną mego dotyku
bądź z obietnicy gwiazdy zarannej
ze ślepej ulicy wyprowadź zamarzeń
śniłem spokojną noc
dzień wśniłem burzowy
deszcz zasłaniałem parasolem
choroba rozpinała boleści namiot
biegłem i wołałem
ręce wyciągałem ku niebu
stopami dotykałem asfaltu
oczy czerwieniały od żalu
cichaczem rozdrabniałem nadzieje
każdy dzień pragnąc obdzielić
lękałem się lepkości piachu
cmentarza bałem się pościeli
i błysło i zagrzmiało
wrosłem niczym piorun w ziemie
spojrzenia muśnięty promieniem
uśmiech mi chwile ukorzenił
słońca zatańczyły płomienie
księżyce posiały gwiazdy
gdy słowo zapachniało prawda
ty jabłko dotknęłaś warga
mocy mi dodaj na drogę
ja kolejnym dniem się podzielę
bądź tą co mnie stworzyła
bądź tą co mnie zaprowadzi
wejdź miedzy oczu patrzenie
zbierz śliny suchości z ust
unieś nad zapach zwątpienia
stań u mej drogi w pragnieniu
daj to co zapomniałem
daj więcej niż mogę opisać
stań latarnią na zakręcie
bądź tą co jutrem oświeci
ja tobie dać więcej nie mogę
ja podróżnik w celu
idę i cel znaczę bólem widzenia
cichą myślą przeżegnać jedynie mogę
idę miedzy drzewa, miedzy w ich gałęzie bratnie
gdzie ich pąk w pięknieniu dojrzewa
tam idę bo kwiatem jutro mi pachnie
wejdę miedzy trawy nieśmiałe
stanę w liściu wczorajszym
idę nurzać sie w myśli mej wietrze
a ty mnie pamiętaj uparcie
ty bądź tą co zwątpi ostatnia
łopotem ptasich skrzydeł zawsze pozdrawiaj
ich wzrok w dal jak ja schowany
tajemnicą wędruje przestrzeni dotyka bramy
one z wysoka ja tylko myśleniem wpatrzony
wady, same moje wady
oczy szukają oparcia
zmęczony jestem swoim krzykiem
cierpliwości oczekuję
samemu tak mi jej brak
porządek w szafie muszę zrobić
ale szafa szafą być musi
i mięć swoją tajemnicę
anioł prosi o zamianę na straży
wyrzucam sobie że tylko siebie lubię
i sam dźwigam pytanie
i ten wielokropek co kochaniem być może
bezduszna myśl wbiega mi pragnieniem
w ten sen co nie kończy się o świcie
ten co poranek ponawia obficie
bym brnął jego mocy odkryciem
Zapoznaj się również z pozostałymi tekstami:
„I wszystko nadzieją podparte”, 1999 – wiersze wybrane
Chciałem napisać o sztuce Ireneusza Betlewicza obiektywnie – z dystansem, a tymczasem nie potrafię wyjść poza subiektywne wrażenia…
„Fruwam między upadkami”, 2005 – wiersze wybrane
Bardzo to bliskie, choć tak inne, wierszom Staszka Grochowiaka z czasów ostatnich rozdziałów jego książki poetyckiej. Bliskie to zresztą niejednemu, bo jak słusznie zauważył w swoich książkach…
„Toczy się jabłko po trawie”, 2002 – wiersze wybrane
Wiersze z tego zbioru to najczęściej miniatury, szkice notatki z pogranicza aforyzmu. I bardzo często liryczne perełki. Są w nich prawdy odkrywane w świecie, w naszym życiu…
Poemat „Jednoskrzydły”, 2008 – fragmenty
Do anioła Ireneusza Betlewicza można przymierzyć określenie Martina Heideggera „pasterz bycia”. Jak i też pojęcie „trosk”. Filozof niemiecki zastosował te pojęcia…
Felieton „Odwieczna potrzeba trwałości”, 2010
Jeszcze wczoraj upały niczym z tropiku obezwładniały myśli bezwonne, głód wyjazdów urlopowych wyzierał z ubogich kieszeni, a już niespokojny palec jesieni swoim dotykiem oko kolejnego roku…
Ostatni felieton, 19.01.2014
Złakniony życia słońca wbijam ostrogi oczu i galopuję w szarości tak bliskiej. Nisko, niziutko, wiatr zabiera listek po listku w podróży nienazywalnego celu. One z oddechem minionej wiosny tańczą w zwilżonym powietrzu wołając moje…
Poemat “W kropli oddechu objęci”, 2014 – fragmenty
Czytam twoje wiersze (a może poemat) i jak zawsze budzi się we mnie zainteresowanie, ba, więcej, współbycie w tej poezji… Ale i opór. Bo jakby tak to opowiedzieć…






